|
Bilet
Pewnego "pięknego dnia" znalazłem w skrzynce na listy wezwanie do WKU (Wojskowa Komenda Uzupełnień). Stawiłem się tam zgodnie z planem. Odczekałem swoje w kolejce i po wejściu do pokoju w którym siedziało dwóch trepów i pisarz, dowiedziałem się, że bardzo długo na mnie czekali (miałem wtedy 23 lata i kilka odroczeń za sobą). Pomyślałem, że faktycznie długo czekali, a najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miałem już możliwości odroczenia służby. Na wstępie zapytano mnie czy będę uczył się dalej i czy chcę iść do marynarki wojennej. Na oba pytania odpowiedziałem przecząca (uczyć się już nie mogłem, a służba w marynarce należy do najcięższych). Dostałem wtedy skierowanie na badania do Łodzi i miałem się stawić za dwa tygodnie.
Do Łodzi zajechałem bez problemów, dowiedziałem się od kolegów gdzie znajduje się WAM i po wyjściu z pociągu udałem się na miejsce. Tam dowiedziałem się, że takie badania dla poborowych robi się tylko dwa dni w tygodniu, a akurat to nie był taki dzień (zamotani trepi z WKU musieli o tym zapomnieć). Stwierdzono jednak, że wyjątkowo te badania mi zrobią. Jedną dobrą stroną tego był fakt, że nie musiałem czekać w monstrualnych kolejkach do poszczególnych gabinetów. Wszystko załatwiłem w 2 godz. i dowiedziałem się, że jestem zdolny do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Otrzymałem kategorię A1. W międzyczasie rozmawiałem z żołnierzami którzy byli na badaniach. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, ale tak ogólnie to wszyscy mi współczuli.
Po badaniach z pełną kieszenią kwitów udałem się do WKU. Znowu odczekałem swoje. Nie było to bezstresowe czekanie. Wiedziałem ja, jak i wszyscy wezwani w danym dniu, że bez biletu nie wyjdziemy. Wszyscy w milczeniu zastanawiali się gdzie ich poślą. Słyszałem niektóre rozmowy ludzi wychodzących z biletami. Mówili gdzie pojadą. Jeden z nich mówił, że do Bemowa. pomyślałem, że ten to ma szczęście i będzie służył na warszawskim Bemowie (niedaleko Płocka). W myślach modliłem się o taki sam przydział.
Nadeszła moja kolej. Po standardowych pytaniach typu imię, nazwisko itp. major odpowiedzialny za przydziały spojrzał na stół gdzie odkreślał biedaków idących do wojska i z uśmiechem na twarzy powiedział:
Pójdzie pan do Bemowa (w ułamku sekundy już się cieszyłem, ale niestety po chwili dokończył) Piskiego w woj. Suwalskim. Teraz już wiedziałem, pierwsze trzy miesiące służby spędzę na wygnaniu pod ruską granicą. Na terenie który potocznie nazywany jest POLSKĄ SYBERIĄ, Cieszyłem się tylko z tego, że do wojska mam się stawić 7 listopada 1995 roku. Miałem więc całe trzy miesiące. Myślałem, że to jest bardzo dużo czasu i właściwie to nie będę w tym czasie myślał o wojsku. Myliłem się jednak. Czas minął niepostrzeżenie, a o wojsku myślało się niemal codziennie.
Więc po trzech miesiącach, 6 listopada wsiadłem w pociąg do Olsztyna. Wagony wypełnione były praktycznie poborowymi, takimi nieszczęśnikami jak ja. Szybko się z nimi zaprzyjaźniłem wyciągając flaszeczkę, po rozpiciu jej oni wyciągnęli swoje. Niestety jechali do Gdyni, a ja miałem przesiadkę w Olsztynie. Pożegnałem się z nimi i na wiotkich nogach, krokiem tanecznym odnalazłem pociąg do Szczytna. W pociągu tym spotkałem chłopaków jadących w to samo miejsce. W Szczytnie jeszcze czekaliśmy trochę na pociąg. W tym czasie zdążyliśmy się napić życiodajnej herbaty. Wsiedliśmy do pociągu i okazało się, że tam jest kilkudziesięciu nieszczęśników jadących tam gdzie ja. Teraz spokojnie trzeba siedzieć i czekać na "dworzec kolejowy" z napisem Drygały (tam właśnie mieliśmy wysiadać). Prawdę mówiąc jeszcze nigdy nie jechałem tak powolnym pociągiem. Chwilami jechał tak wolno, że można było za nim iść. Nudziło się nam strasznie bo nie było już gorzałki, a i kaca nie było już czym leczyć. Przemęczyliśmy to jakoś i szczęśliwie wysiedliśmy w na miejscu. Tu okazuje się, że jednostka oddalona jest od dworca o 6 km i prawdopodobnie będziemy iść na pieszo przez las. Nikt się tym jednak nie przejął i grupą kilkudziesięciu chłopa poszliśmy na piwo. Po jakimś czasie zaczęli przychodzić do nas trepi z propozycjami przewozu do jednostki swoimi samochodami, jednak za pewną odpłatą. Nikt się jednak nie spieszył (chociaż większość była już spóźniona - tak jak ja) i czekaliśmy na autobus z jednostki którego mogliśmy się spodziewać. Wszyscy upajali się ostatnimi chwilami wolności. Po godzinnym oczekiwaniu podjechał autobus w sraczkowatym kolorze i kierowcą w mundurze. Wiedzieliśmy, że to jest już prawie koniec i za kilkanaście minut znajdziemy się za murami. Wsiadamy jednak do "autokaru" i jedziemy do jednostki.
|