STRONA GŁÓWNA
WSTĘP
BILET
PIERWSZY SZOK
SZKÓŁKA
NOWA JEDNOSTKA
STAROŚĆ TO RADOŚĆ
OSTATNIE DNI
PODSUMOWANIE
ZDJĘCIA
SŁOWNICZEK
INSYGNIA WŁADZY
REGULAMIN
PORADNIK
JAK ZROBIĆ ?
GDZIE KUPIĆ ?
HUMOR
FILM
KSIĄŻKI
FORUM DYSKUSYJNE
KSIĘGA GOŚCI
STRONA AUTORA
CIEKAWE STRONY
E-MAIL



Szkółka

Życie na szkole jest jednostajne. Praktycznie codziennie powtarzane są takie same zajęcia.

O 6.00 pobudka. Wstawać trzeba szybko bo mało czasu na umycie się i zasłanie "wozów" na zaprawę. Ubieramy się i biegniemy na korytarz. Tam zostają wytypowane osoby do poprawiania porządków. Reszta biegnie na zaprawę. Zaprawy były różne. W zależności kto ją prowadził i jaki akurat miał humor. Zdarzały się zaprawy gdzie biegliśmy na palarnie pod poligonem i dotlenialiśmy się paląc papierosy. Zdarzały się również takie zaprawy po których wracaliśmy na "drewnianych nogach", a zakwasy trzymały się przez kilka dni. Ale zdecydowana większość zapraw to był bieg na terenie szkoły lub na terenie pobliskiego poligonu. Czasami zamiast zaprawy, odśnieżaliśmy szkołę, wtedy przy pracy jak nikt nie widział, można było palić do woli.

Następnie wracaliśmy na baterię. Ścieliliśmy wozy na dzień i wychodziliśmy na śniadanie. Jednak przed zjedzeniem czegokolwiek trzeba było odstać w kolejce do stołówki w czasami kilkunasto stopniowym mrozie. Śniadanie przebiegała szybko i sprawnie. Pobierało się metalową tacę, kształtem przypominającą rąb i trzymając ją w jednym ręku pobierało się posiłek. Czasu na zjedzenie było mało, czasami człowiek zdążył napić się trochę herbaty, a już słyszał: "III bateria, kończy jedzenie, wstaje i wychodzi." Nie było to ważne czy ktoś zjadł wszystko, czy nie zdążył nawet spróbować.

Po śniadaniu przychodził czas na apel poranny. Apel ten odbywał się codziennie z wyjątkiem niedziel. W jeden dzień w tygodniu odbywał się duży apel na który spędzano wszystkie baterie na plac apelowy Wszystko polegało na sprawdzeniu wyglądu poszczególnych żołnierzy i krótkiej pogadance na temat czystości i prawidłowej postawy żołnierza.

Po tak pouczającym apelu przychodził czas na cykle, czyli zajęcia kształcące. W zależności od planu były to zajęcia z przedmiotów "zawodowych", uczyliśmy się obsługi, konserwacji i ogólnej budowy polowych agregatów prądotwórczych (są to barakowozy w których zamontowano silnik od czołgu i prądnicę) - agregat ten wytwarza prąd do zasilania radarów i wyrzutni rakietowych w warunkach polowych, spalając przy tym niesamowitą ilość paliwa. Mogły być również zajęcia ogólno-wojskowe, regulaminy itp. Jedno było pewne, zajęcia były dobre bo co 45 min w przerwie można było zapalić.

Ok. godziny 15 prowadzono nas na obiad, a po obiedzie następowały kolejne zajęcia. Przed przysięgą były to treningi musztry, a po przysiędze identyczne zajęcia jak przed południem. Musztrę trenowało się do upadłego. Wbrew pozorom nie jest wcale łatwo maszerować dużą grupą równym krokiem, tupiąc w tym czasie z całej siły. Niektórym niszczyły się strasznie stopy i po wizycie u lekarza dostawali "receptę na trampki". Takim trampkarzom było trochę łatwiej maszerować, ale marzły im stopy.

Kolejne etapy życia szkolnego to kolacja, trening musztry i długo oczekiwany apel wieczorny. Oczekiwany był ze względu na rozdawanie listów w tym czasie. Zawsze wszyscy mieli nadzieję na wiadomości z domu. Tak to już jest, że jak człowiek jest gdzieś zamknięty to nawet kilka zdań napisanych przez jego bliskich potrafi poprawić nastrój i nie jest ważne ile wcześniej musiał zrobić pompek żeby taki list otrzymać, czasami od pompek można było wykupić się papierosami.

Ostatnie etapy to sprzątanie rejonów, toaleta wieczorna, ścielenie wozów na noc i capstrzyk. Dobrą stroną szkoły było to, że po capstrzyku nikogo już nie budzono i było można spokojnie spać do rana.

Wyjątkowymi dniami w szkole były niedziele. Niedziela zaczynała się już w sobotę po kolacji. Nie było sprzątania rejonów i można było oglądać telewizję, czasami oglądaliśmy filmy na video. Przed telewizorem można było siedzieć całą noc i prawie całą niedzielę. W niedzielę był całodniowy czas wolny. Można było odsypiać, oglądać telewizję, pisać listy, czytać i nie było żadnych problemów z wychodzeniem na palarnie. Niedziela kończyła się po kolacji.

Tak miej więcej wyglądały dni spędzone w szkole. Z wyjątkiem niedziel mieliśmy zajęty czas od pobudki do capstrzyku. Szczególnie palacze mieli ciężkie życie. Żeby móc iść na palarnie trzeba było wcześniej zameldować, a meldunek brzmiał tak: "Bombardierze IKSIŃSKI, kanonier elew IGREKOWSKI, z prośbą o pozwolenie wyjścia na palarnie, w celu wypalenia papierosa". I teraz wszystko zależało od humoru tego gościa bo wcale nie musiał on puścić takiego elewa na palarnie. Bardzo często bywało, że wypalało się 2 papierosy dziennie, a w niektóre dni wogóle się nie paliło.

Na mojej baterii było sześciu funkcyjnych, czyli szwejów odpowiedzialnych za nas. Trzech z nich było ze starej jesieni i nie przejmowali się tym co mają robić. Zajęci raczej byli przygotowaniami do wyjścia do cywila. Tylko ja wiem jak im wtedy zazdrościłem. Ja miałem do wyjścia tyle co oni i jeszcze rok. Fali jako takiej na baterii nie było, ale nie obyło się bez apeli falowych, śpiewania dziadom i odpowiadania na głupie pytania typu:
- witajcie leśni ludzie (to mówił dziad)
- witaj Robin Hoodzie (nasza odpowiedz)
Wówczas dowiedziałem się o wszystkim co będzie mi potrzebne w dalszej służbie. Wiedziałem jak rozpoznać inne pobory, jak odróżnić rezerwistę od kota itp. Każda fala miała swoje kolory: 

Jesień "Dziki" 
Wiosna "Bociany"
Lato "Latawce" 
Zima "Sople" 

Żołnierze na różnym poziomie hierarchii falowej również wyglądali inaczej ( patrz INSYGNIA WŁADZY).

Pierwsze strzelanie. Zaprowadzili nas na strzelnice oddaloną o ok. 2 km od szkoły. Podzielili na grupy i uczyliśmy się jak konserwować broń, jak mierzyć do tarczy, rzucaliśmy atrapą granatu, no i wreszcie przyszła kolej na strzelanie. Byłem bardzo przejęty. Straszyli nas, że jak źle będziemy trzymać broń to oderwie nam kciuk (oczywiście nikt w to nie wierzył). Postępowałem według komend i po odbezpieczeniu i przeładowaniu broni zacząłem celować. Stwierdziłem, że nic nie widzę i strzelałem na wyczucie. Ku mojemu zdziwieniu kilka razy trafiłem w tarczę i zdobyłem kilka punktów. Następnym razem było lepiej. Świeciło słońce i tarcze były dobrze oświetlone. Ustrzeliłem wtedy 45 pkt na 50 możliwych.

Nadchodzi długo oczekiwana przysięga. Odliczaliśmy do niej dni tak jak stare wojsko odliczało dni do cywila. W dzień poprzedzający to "uroczyste" wydarzenie przeprowadziliśmy gruntowne porządki. Wysprzątaliśmy na błysk sale wykładowe, zamietliśmy chodniki i wreszcie sprzątneliśmy całą baterię. Rodziny nie były wpuszczane na teren szkoły, a przysięga miała się odbyć na stadionie za ogrodzeniem.

Nareszcie. Jest 9 grudnia 1995 roku. Lekki mrozek (chociaż odwiedzający mnie narzekali na mróz). Pobudka, nie ma zaprawy. Idziemy na śniadanie i widzimy już ludzi za płotem. Wypatrujemy swoich, ale nikt z nas nikogo bliskiego nie zauważył. Jest jeszcze wcześnie i nie wszyscy dojechali. Słychać krzyki wolnych ludzi zza płotu nawołujące swoich. Nie muszę chyba pisać jakie to robiło wrażenie (nie potrafił bym tego nawet wyrazić słowami). Po śniadaniu jeszcze jakieś przygotowania. Już wiemy że wszyscy jedziemy do domu. Jedna osoba z mojego pokoju na pięć dni (jedna z nielicznych ludzkich decyzji podjętych przez trepów za mojej kadencji w wojsku - chłopak miał rodzinę i dziecko), inni szczęśliwcy na 4 dni, a pozostali na 3 dni. Nikt jednak jeszcze nie wiedział czy znajdzie się w puli szczęśliwców. 
Ustawiają nas. Wszyscy są podekscytowani. Trepi nie mogą nas ustawić bo większość z nas buja gdzieś w obłokach i myśli tylko o tym, że za ok. godzinę przywita się ze swoimi. Może nawet uda się kogoś wypatrzyć w tłumie.
Ruszamy. Słyszymy, że jakaś bateria idzie ze śpiewem na ustach. My śpiewać nie potrafiliśmy więc idziemy w ciszy. Wychodzimy za ogrodzenie. Na około stadionu widać już tłum. Ogromne zaskoczenie, ci ludzie są kolorowi. Mają ubrania w różnych kolorach. W pewnym momencie poczułem się jakbym odzyskał wzrok. To był piękny widok. Idziemy na murawę stadionu. Rozglądam się za bliskimi, ale nikogo nie widzę. Pocieszam się jednak, że może podczas defilady kogoś wypatrzę.
Sama przysięga zbyt długo nie trwała. Kilka przemówień, fragment mszy i nasza znienawidzona rota. Ale wszystko się kiedyś kończy i przystąpiliśmy do defilady. W pewnym momencie zauważyłem kogoś z mojej rodziny, momentalnie zgubiłem krok i zostałem trochę z tyłu. Nie mogłem się już rozglądać, tylko musiałem wyrównać i złapać krok (nie jest to wcale takie proste) ale byłem szczęśliwy że są na miejscu i zaraz do nich przyjdę.
Wracamy na pododdział. Zdajemy broń do magazynu i rozdają nam przepustki. Ku mojemu zaskoczeniu dostałem urlop okolicznościowy na 4 dni. Byłem wtedy bardzo szczęśliwym człowiekiem.
Wyprowadzają nas za mury i tu zaczyna się poszukiwanie swoich. Na szczęście szybko ich odnalazłem (raczej to oni mnie wypatrzyli) i z uśmiechem na ustach pojechałem do domu.

Najgorsze w wojsku są powroty, a to był mój pierwszy powrót. Wchodziliśmy do jednostki w czasie zaprawy, a później na zajęcia. Na szczęście zdążyliśmy na śniadanie. Z dworca przyjechaliśmy specjalnie podstawionym wojskowym autobusem. Po wejściu do jednostki następuje kolejny szok. Ale szybko zabierają nas na zajęcia i wypełniają nam całe dnie. Myśleliśmy, że po przysiędze będzie więcej luzu, ale myliliśmy się. Nie było już treningów musztry, w to miejsce weszły zajęcia ogólno wojskowe i specjalistyczne. Pocieszaliśmy się tylko perspektywą wyjazdu na święta lub sylwestra. W wojsku żyje się od przyjazdów do wyjazdów i to za młodego kocura jak i za starego dziada.

Pierwsza warta. Trochę się boję odprawy służb. Straszą nas, że niektórzy oficerowie strasznie trzepią. I chociaż zostało już parę minut do odprawy to jeszcze się uczę. Ogłaszają zbiórkę warty. Udajemy się na plac apelowy gdzie już stoją inne służby. Od strony pomieszczenia oficera dyżurnego nadchodzi jakiś człowiek. Albo ma buty za ciasne, albo wódka była zbyt ciepła. Okazuje się, że jest to oficer dyżurny. Mieliśmy szczęście, człowiek ten był tak pijany, że miał kłopoty z mówieniem. Dlatego odprawa trwała niewiele ponad 10 minut. Po odprawie idziemy na wartownie. Mam drugą zmianę dlatego mogę spokojnie posiedzieć i oglądać telewizję. Nadeszła moja kolej. D-ca warty ogłasza zbiórkę drugiej zmiany. Pobieram broń z magazynu i magazynek załadowany 20 ostrymi nabojami. Wychodzą wartownicy z rozpylaczem przed wartownie i idziemy na kolejne posterunki. Do ochrony mam bunkry w których znajdują się magazyny uzbrojenia i chemiczne. Najgorzej jest w nocy. Za ogrodzeniem jest las i chodzą tam zwierzęta. Dochodzą różne odgłosy, ale staram się o tym nie myśleć, tylko chodzę wyznaczoną trasą wokół bunkrów i melduję co 30 min. Na jednej ze zmian słyszę strzał. Jestem jednak pewien, że to gdzieś w lesie strzela ktoś ze sztucera. Jednak jeden z wartowników zameldował o tym i d-ca wpadł w panikę. Minęła noc i na ostatniej zmianie widzę d-cę warty z kucharzem. Podchodzą do ogrodzenia i okazuje się, że mam wpuścić kucharza do środka bo w jednym z bunkrów zamiast uzbrojenia znajdują się warzywa (trzymałem wartę nad marchewką). Tak minęła moja pierwsza warta. Było zimno i wystać 2 godzinną zmianę nie było wcale łatwo. Muszę jeszcze dodać, że na każdym posterunku są 3 zmiany. Zmiana odpoczywająca, czuwająca i pełniąca służbę. Co 2 godziny zmiany się zmieniają i odpoczywająca staje się czuwającą, czuwająca pełni wartę, a zmęczeni ludzie z posterunków stają się zmianą odpoczywającą.

Nadchodzą święta i mam już pewne, że jadę na nie do domu. Połowa baterii jedzie na święta na 3 dni. Mam trochę szczęścia bo po kolegę z mojego pokoju (chłopak był też z Płocka) przyjeżdża wujek i będę mógł się z nimi zabrać. Święta mijają szybko tak jak każda przepustka i znowu muszę wracać.
Sylwester na baterii minął raczej mało hucznie. Mieliśmy flaszeczkę na siedmiu, ale najgorsza była perspektywa, że ten nowy 1996 rok spędzimy w całości w wojsku.

Nadchodzą egzaminy i wywózka. Mieliśmy obowiązek zdać egzaminy na uprawnienia energetyczne, uprawnienia specjalisty wojskowego, egzaminy sprawnościowe, egzaminy ogólno-wojskowe i regulaminy. Nie wiem jak to zrobiłem ale zaliczyłem wszystko na łączną ocenę 5. Wogóle się nie uczyłem no i nie zbyt wiele pamiętałem z zajęć. No i niestety, zostałem awansowany do stopnia starszego szeregowego (stopnie wojskowe w międzyczasie zostały ujednolicone i bombardier w moim rodzaju wojsk był również st.szer.) 

Zbliża się wywózka. Wszyscy zastanawiają się nad tym gdzie się znajdą. Doszły do nas plotki, że jeden z kaprali wypisywał przydziały i że można się u niego dowiedzieć wszystkiego. Trzeba było tylko go przekupić paczką papierosów lub batonem (z drugiej strony nieźle się obłowił). Dowiedziałem się wtedy, że pojadę do Koszalina (drugi koniec Polski).

Faktycznie, dostałem przydział - Koszalin City (i tak dobrze bo mogłem trafić gdzieś na wieś). Bez adresu lub jakiego kolwiek numeru. W dzień pożegnania zagnali nas na plac apelowy i tam mieliśmy się zgłaszać do trepów stojących z odpowiednimi tabliczkami. Okazało się, że ja jako jedyny jadę do Koszalina i nie ma trepa który by mnie transportował. Załapałem się jednak do jednej grupy. Zawieźli nas na dworzec kolejowy i tam wsiedliśmy do pociągu z zarezerwowanym wagonem dla młodego wojska. Dojechaliśmy tak do Gdyni. Tam jednak w kilka osób rozstaliśmy się z opiekunem i na własną rękę jechaliśmy dalej (oni jechali w innym kierunku). Wykupiliśmy miejscówki i wsiedliśmy do pociągu Inter-City do Koszalina. Chłopaki po drodze wysiadali w różnych miejscowościach. Ostatni wyszedł z pociągu w Słupsku, a ja do Koszalina jechałem już sam.
W Koszalinie byłem ok. godz. 22.00. Kupiłem kartę magnetyczną i chciałem zadzwonić do domu. Jednak złapała mnie żandarmeria i musiałem się wylegitymować. Po chwili jednak zadzwoniłem. Wyszedłem z dworca. Było już ciemno, nie znałem miasta i nie było ludzi na ulicach. Ponieważ miałem stawić się dopiero następnego dnia, postanowiłem przeczekać na dworcu i rano rozpocząć poszukiwanie jednostki. Jak tylko zrobiło się widno i ludzie zaczęli wylegać na ulice wyruszyłem w miasto. Z wielkim trudem odnalazłem moją jednostkę i zgłosiłem się do kogoś na biurze przepustek.

W ten sposób zakończył się kolejny etap mojej "kariery wojskowej".


http://wesele.to2.plhttp://www.plock.info