STRONA GŁÓWNA
WSTĘP
BILET
PIERWSZY SZOK
SZKÓŁKA
NOWA JEDNOSTKA
STAROŚĆ TO RADOŚĆ
OSTATNIE DNI
PODSUMOWANIE
ZDJĘCIA
SŁOWNICZEK
INSYGNIA WŁADZY
REGULAMIN
PORADNIK
JAK ZROBIĆ ?
GDZIE KUPIĆ ?
HUMOR
FILM
KSIĄŻKI
FORUM DYSKUSYJNE
KSIĘGA GOŚCI
STRONA AUTORA
CIEKAWE STRONY
E-MAIL



Pierwszy szok

Dokładnie o godzinie 14.00 wysadzili nas z autobusu przed bramą i za okazaniem skierowania przechodziliśmy przez biuro przepustek. Nie pamiętam który z kolei wchodziłem, ale chciałem jak najdłużej pozostać przed bramą. Każda sekunda była dla mnie bardzo ważna. Do końca życia nie zapomnę uczucia jakie miałem wchodząc do jednostki. Totalny szok potęgowany przez ogromnego kaca. Właściwie to nie wiedziałem co się ze mną dzieje.

Ustawili nas w dwójki i zaprowadzili na posiłek. Były to pozostałości ze śniadania. Wszystko było zimne i niesmaczne. Mało było osób które to jadły, a starsi żołnierze obecni przy naszym posiłku kleli: "Co! Nie smakuje wam nasze żarcie? Będziecie je żarli przez co najmniej trzy miesiące.". I tak po skończonym posiłku oddając brudne naczynie przeszliśmy przez szpaler sępów z wyciągniętymi czapkami, zbierających papierosy.

Zaprowadzili nas do świetlicy obok której była palarnia (zapaliłem wtedy mojego pierwszego papierosa w wojsku). W świetlicy odbywał się przydział świeżego narybku do poszczególnych specjalności. Każdy z nas rejestrował się u bombardiera (odpowiednik starszego szeregowego) i zostawał skierowany do jednego z trepów. Po dojściu do takiego delikwenta trzeba było się wylegitymować. Człowiek ten zadawał tylko jedno pytanie: "Kim jesteś z zawodu synu?". Odpowiedziałem mu że informatykiem, a ten na to że będę miał pokrewne zajęcie w wojsku bo będę obsługiwał polowe agregaty prądotwórcze, a przecież komputery zasilane są prądem (do tej pory nie wiem o co mu chodziło). Poczekaliśmy do godz. 15 i zaprowadzono nas na obiad. Muszę w tym miejscu napisać o tym jakie to było okropne żarcie. Bez smakowe ziemniaki wyglądem przypominające paćkę zaschniętego kleju, kawałek czegoś przypominający mięso i coś zielonego - mówili, że to jest surówka.

Po tak obwitym posiłku zaprowadzono nas do fryzjera. Tam bez żadnych oporów fryzjerka która ze swoimi umiejętnościami mogła pracować tylko w wojsku, maszynką elektryczną strzygła wszystkich tak samo. Strzyżenie jednej osoby trwało może trochę ponad minutę. Po fryzjerze udaliśmy się do łaźni. Dostaliśmy tam worki papierowe, kalisraki, podkoszulkę, skarpety, dresy, panterkę, zimową czapkę, trampki, mydło i ręcznik. Przed wejściem pod prysznice kazali nam rozbierając się ładować wszystko do worów. Nic cywilnego nie mogło pozostać poza nimi. Kąpiel trwała może nieco ponad dwie minuty i po wyjściu ubraliśmy się w to co nam dali.

Nadeszła pora na komisję lekarską. Odbywała się bardzo szybko. Na początku podchodziło się do stolika przy którym siedziało dwóch szwejów wypisujących książeczki zdrowia. Pytali się tam o podstawowe dane oraz o cywilny zawód. Z moim zawodem wynikła bardzo śmieszna sytuacja. Na pytanie o zawód odpowiedziałem informatyk, po chwili jeden z nich z głupim uśmieszkiem zapytał: "jaaak?" , odpowiedziałem ponownie informatyk. Widzę, że gościu powstrzymuje się od śmiechu ale coś tam pisze. Dopiero po kilku miesiącach zauważyłem, że w miejscu na zawód wpisał mi INFORMATOR (nie wiem czy to był jego głupi żart, czy gościu był z jakiejś wiochy zabitej dechami i z ogrodzeniem na świat, a może był aż tak głupi). Po tej rejestracji przyszła kolej na "badanie lekarskie". Podchodziło się do człowieka w białym kitlu i odpowiadało na jego pytania. Odpowiedzi musiały być krótkie i zwięzłe. Pytano się mnie o to czy jestem na coś chory, czy miałem kiedyś złamane kości, czy mam tatuaże itp.

Po tak wnikliwym badaniu zaprowadzono nas na baterię (odpowiednik kompanii). Dowiedziałem się tam, że jestem na III baterii i trafiłem do I plutonu. Wskazano mi pokój do którego mam iść i się rozgościć. Trafił mi się pokój na parterze (było w nim ciepło). Po chwilowym namyśle otworzyłem drzwi z napisem IZBA ŻOŁNIERSKA i znalazłem się w środku. Siedziało tam siedmiu żołnierzy w dresach z posępnymi minami, wpatrzeni w podłogę. Izba pomalowana była na biało, a większość miejsca zajęta była przez blaszane prycze ustawione piętrowo. Obok wozów stały blaszane szafki. Niestety okazało się, że jedna szafka przysługuje na dwóch żołnierzy i nie mogą się w niej znajdować żadne cywilne rzeczy. Miałem jednak trochę szczęścia. Zająłem ostatni wóz na parterze, osoby które przyszły po mnie lub następnego dnia miały już tylko łóżka na gałęzi. Zamieniłem z nowymi kolegami kilka zdań i podobnie jak oni usiadłem na drewnianym stołku i rozmyślałem wpatrując się w podłogę. Po jakimś czasie zebrano nas wszystkich i zaprowadzono na kolacje. Składała się z chleba i słoniny konserwowej. Do popicia była herbata do której ktoś zapomniał wsypać cukier. Po kolacji zaprowadzili nas na palarnie i pozwolili zapalić. Wróciliśmy na baterię. W tym dniu rozdzielili nam rejony do sprzątania. I tu znowu miałem szczęście. Mój pokój dostał kompleks złożony z łazienki i ubikacji. Sprzątanie tam polegało na wylaniu ogromnej ilości wody i rozprowadzeniu jej tak żeby cały brud spłynął do kanalizacji, wytarciu umywalek i baterii żeby nie było widać na nich kropli wody, wypłukaniu muszli klozetowych i wytarciu luster. Pecha mieli goście którym dostał się korytarz. Pokryty był garbowanymi płytkami na których zawsze było dużo śladów od opinaczy. Co dziennie chłopaki robili pianę z trocinami. Polegało to na tym, że do wiadra sypali proszek do prania, kroili mydło lub wlewali szampon, lali do takiego wiadra gorącą wodę i szczotami wykonując energiczne ruchy ubijali pianę. Kiedy piana była już gotowa, tj. kiedy po obróceniu wiadra nic się nie wylewało, dwóch ludzi szorowało szczotami płytki, następny rozsypywał trociny, a następni zmiatali trociny z korytarza. Muszę jednak przyznać, że po takiej operacji korytarz był naprawdę czysty, ale ile było przy tym roboty. Po rejonach pozwolili nam łaskawie udać się na palarnię. Zaznaczono jednak, że to jest pierwszy dzień i od jutra będzie trochę inaczej. Nadeszła godzina 22.00, facet przy biurku zaczął się drzeć: "Na baterii capstrzyk, capstrzyk, gasną światła na salach". No i zgasiliśmy światło i bez słowa położyliśmy się spać.

Następnego dnia obudziły nas głośne krzyki jednego z kaprali. Krzyk ten był tak potwornie głośny i wydawany takim tonem, że kapral ten został nazwany przez nas PAWAROTTI. Otwieram oczy i w tym momencie nastąpił kolejny szok. Ja naprawdę jestem w wojsku, to nie był zły sen. Widzę wokół siebie ludzi przecierających oczy- oni również nie mogli uwierzyć w to co ich spotkało. Zorganizowano nam apel i tu dowiadujemy się, że przez następne dwa dni nie będzie jeszcze zajęć bo czekamy na następnych poborowych i w ciągu tych dni zostaniemy umundurowani i wyposażeni we wszystkie potrzebne przedmioty.


http://wesele.to2.plhttp://www.plock.info